Unboxing – skarb ukryty w zwykłej paczce

Już od rana towarzyszyło mi lekkie podekscytowanie, gdyż miałam do odebrania paczkę. Sama wizja tego, że niebawem nożyczkami rozetnę delikatne powłoki kartonu, przyprawiła mnie o delikatne dreszcze. Za chwilę nadejdzie ten kulminacyjny moment, kiedy zbliżasz się do rozwiązania kluczowej zagadki i nastąpi albo mega podekscytowanie albo mega rozczarowanie.

Za każdym razem kiedy mam w ręku adresowaną do siebie paczkę, balansuję pomiędzy tą niepewnością. A co jeśli? A co jeśli mi się to nie spodoba, będzie za duże, za małe, za wąskie, za szerokie – czyli takie jakiego nie chce? Gdy zamiast dostać coś, co widziałam na zdjęciach w ofercie, otrzymam coś, co będzie odbiegać od moich oczekiwań?

Na dworze popaduje drobny deszcz, ale nawet to nie jest w stanie zniechęcić mnie do wyjścia na dwór – do mojego ukochanego paczkomatu. Kiedy już przy nim stoję i klikam w aplikacji na zdalny odbiór, słyszę przyspieszone bicie mojego serca. Po chwili trzymam swoje zawiniątko, które same w sobie jest lekkie niczym piórko. W powietrzu czuć zapach wilgotnego papieru. To maleńkie kropelki deszczu delikatnie muskają powierzchnie mojego kartonowego pakunku. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić szybko do domu i zrzucić z siebie te nurtujące mnie od samego poranka, jarzmo ciekawości.


Na początku sprawdzam czy moja paczka jest ,,cała i zdrowa”. Struktura jest nie naruszona, więc to jest już dobry znak. Trzymając w rękach malutkie ostre nożyczki, zabieram się za przecinanie taśmy klejącej, która mocno oddziela mnie od kolejnych powłok kartonu. Rozcinam delikatnie jeden jego bok i widzę już całą stertę starych gazet. Ktoś pancernie zapakował moje cudeńko, tak, że nawet gdyby nim rzucano, zawartość pozostałby w nienaruszonym stanie. Wszystkie gazety zostały już wyciągnięte z pudełka, czas dobrać się do przezroczystej folii bąbelkowej, która jest już tylko kropką nad i. Syn piszczy z podekscytowania, bawi się starymi gazetami. Córka przygląda mi się z ciekawością, chce widzieć moją minę. Trzymam moje trofeum jeszcze nie odpakowane i czuje, że zaraz serce wyskoczy mi z piersi. Przez chwilę robi mi się słabo, ale szybko dochodzę do siebie.


Biorę w ręce moje nożyczki i uwieńczam swój dzieło. Dokonuje finalnego przecięcia folii bąbelkowej, by w końcu móc cieszyć się starodawnym bibelotem, zamówionym na olx u pani Ani. Swoją drogą – pani Ania weszła ze mną w miłą komitywę i tym samym wie już o moim blogu. Będzie mogła poczytać o swoim cacku i być dumna, że miała swój wkład do stworzenia tego wpisu.

W kolejnym ujęciu aparatu, wyciągam to owe chabrowe coś, co przypomina szklaną maczugę lub świecznik. Jest piękne słońce na zewnątrz, więc kuszę się tym, by go zobaczyć w promiennej krasie. Mój zachwyt nie dobiega końca. Ta gra świateł powodująca, że najzwyklejszy przedmiot staje się w pełni oszlifowanym diamentem. Promienie słońca liniowo przecinają każdy zakamarek szklanego cudeńka, które lśni, błyszczy się i mieni wprowadzając nieczułego na sztukę laika w najszczersze zdumienie oraz zachwyt. Cóż to za wspaniała optyka, której ktoś poświęcił najpiękniejsze lata swojego życia, aby niegdyś niedoceniane prasowane szkło stało się z dnia na dzień dziełem sztuki. Tym kimś, kto zjadł zęby na szkle jest nikt inny jak rodzina Drost, pracująca w nieistniejącej już Hucie Szkła Ząbkowice, założonej w 1884 przez niemieckiego przedsiębiorcę Josefa Schreibera na terenie obecnie dzielnicy Dąbrowy Górniczej. Bibelot ten jak i wiele innych, można kupić wyłącznie od zagorzałych kolekcjonerów i miłośników PRL – owskich staroci, więc wystarczy tylko wiedzieć czego i u kogo szukać. Huta Ząbkowice zauroczyła mnie od momentu, kiedy zaczęłam oglądać filmy z lat 50, 60 i przyglądać się co przyozdabia dawne mieszkania. Moją uwagę zwróciły unikatowe wazony, talerze, zestawy stołowe oraz wszelkiego rodzaju figurki i świeczniki. Przyznam Wam się w tajemnicy, że od miesięcy ,,choruję’’ na Karolinkę, która należy do unikatów kosztujących nie 80 złotych, jak w przypadku mojego nabytku, tylko około 300 złotych w górę. Co ciekawe – najtańsze jest szkło przezroczyste, a najdroższe miodowe, chabrowe, niebieskie oraz szmaragdowe. Za kolor płaci się nawet do 800 złotych – tyle sobie liczą zuchwali handlarze, bo wiedzą , że każdy unikat musi mieć wysoką cenę.

Swoje lata świetności przypadają hucie na lata 60 -te. W tym czasie już Ząbkowice dysponują własnymi projektantami, posiadają dział wzornictwa, którego wcześniej nie miały, modernizują proces przygotowania metalowych form, wprowadza nową  obróbkę metali, co  znacząco przyczynia się do zwiększonego popytu na rynku lokalnym jak i za granicą (eksport do Niemiec, Rosji, Chin oraz Anglii)

Świecznik, który nabyłam to nic innego jak lichtarz o formie kolumnowej zdobiony kanelurami (płytkie, wklęsłe, pionowe wyżłobienia) po całej jego powierzchni. Tego typu kanelury stosowano w architekturze klasycznej w celu nadania lekkości pożądanym przedmiotom.

Mój lichtarz o nr. katalogowym 330 ma standardowy otwór na świece oraz profitkę. To co najbardziej mnie w nim zachwyciło to jego intensywny chabrowy kolor i optyka. Coś co przykuwa ogromną uwagę to gra świateł – coś niesamowitego!

Na dniach zrobię sobie kolejny prezent, gdyż dokupię sobie do mojego świecznika  długą,cieniutką świecę koloru białego, a wtedy każda kolacja z rodziną, będzie miała wytworny charakter.

Przez kilka miesięcy bacznie śledziłam licytacje na allegro jak również oferty na olx. Wtedy obserwowałam użytkowników zajmujących się sprzedażą drogocennych bibelotów, gdyż miałam nadzieję, że znajdę Karolinkę w atrakcyjnej cenie. Niestety nie znalazłam. Nastał potem jeszcze czas fascynacji Meksykanką – to koleżanka Karolinki jeszcze rzadziej spotykana, a w cenie tak samo wysokiej. Dać 3 stówy za przezroczyste szkło albo 8 za chabrowe tylko dlatego, że jest to unikat jakoś mi się nie widziało. Za tą trójkę już mogę kupić synowi tyle pieluch, że starczy mu do przyszłego roku 🙂 a tak na poważnie to trochę jednak szkoda mi tej kasy.

Alternatywą Karolinki i Meksykanki okazał się mój lichtarz. Robiony jest dokładnie tą samą metodą, ma nawet ten sam fascynujący mnie chabrowy kolor – więc po co przepłacać?  A Karolinkę czy Meksykankę czasem odwiedzam na olx. Chwilę wzdycham, a potem już o nich zapominam, bo z oddali błyszczy mój katalogowy 330.

Poniżej można zobaczyć:

  • Karolinka sama i z koleżankami oraz wazoniki

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *